poniedziałek, 12 listopada 2012

Hopper - film

Wiosną tego roku poproszona zostałam do współpracy przy przygotowaniu modelki w warsztatach operatorskich Hoppera. Pokazałam wam zdjęcia, ale zapomniałam o wynikach! Wiadomo, na takie rzeczy czasem się trochę czeka i po prostu mi umknęło. Ale nadrabiam, nadrabiam!

Jeśli chcecie sobie przypomnieć zdjęcia, to zapraszam to TEGO posta :)

Zawsze pytałam o światło na planie, ale od tamtej pory dopytuję bardzo szczegółowo, ponieważ cały mój misterny plan wziął w łeb, kiedy modelka weszła w odpowiednią scenografię. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia w białym świetle byście mogli uwierzyć ile to zmienia i jak bardzo kamera "wyżera" z make-up'u! Porównać możecie jedynie na podstawie filmu i zdjęć.
Dodam tylko, że aktorka w białym świetle miała ogromne ciemnobrązowe wręcz plamy, które na planie wyglądały na subtelny róż i wszystko było 100 razy (dosłownie) mocniej. 
Nie wiecie jakie było zaskoczenie ekipy, gdy aktorka wyszła z tego światła! Byli pewni, że coś jej się stało :)


 
 Warsztaty operatorskie PWSF TViT
zdjęcia: Daniel Wawrzyniak
scenografia: Natalia Giza
modelka: Izabela Urbaniak-Mastalerz


Współpraca z Danielem i Natalią to sama przyjemność na którą jeszcze sobie pozwoliłam, ale to w kolejnych postach :)


niedziela, 11 listopada 2012

piątek, 9 listopada 2012

SETA H8 is F8

Tym razem zacznę historię od efektu, a zdjęcia i making of kiedy indziej, więc i opis sytuacji będzie kiedy indziej. 
Jedno w tym temacie - świetny czas spędzony na planie, moja ulubiona ekipa filmowa i ludzka (tak właśnie!) i efekt jaki! 
Sami zobaczcie!

Niestety wyszukiwarka nie obczaja tego filmu na yt, więc łapcie linka jak klikniecie w zdjęcie :)





środa, 7 listopada 2012

Mistyczne miejsca

Wspominałam wam, że chodzę po górach, że jest to moją pasją i kocham to ponad życie. Nie było mi dane 14 miesięcy być w moim ukochanym miejscu nawet na chwilę. Na koniec października, w ostatni ciepły weekend się udało! Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa!
Pomysł szalony, kiedyś dla nas nie do pomyślenia czyli wsiadamy w PolskiegoBusa o 24.00 i o 6.00 rano jesteśmy na miejscu i zaczynamy wędrówkę. A jak skończymy, to w autobus o tej samej porze i nad ranem w Warszawie.

Obawiałam się bardzo, bo moja kondycja zgubiła się w podziemiach centrum jak połowa ludzi i nie widziałam jej dosyć dawno, a trasa niczego sobie, bo Rysy. Tak, najpopularniejsze bla, bla, bla. Nigdy nie chciałam tam dlatego iść, co nie znaczy, że nie jest piękna.

Zaczęliśmy przebiegając do Moka, by nie zwymiotować na asfalcie na szczęście pustym i bez żadnym ludzi o tej porze. W schronisku rozpływał się zapach śniadań jedzonych przez coraz większą liczbę ludzi. Pięknie było spojrzeć z dołu na majestatyczne Mięguszowieckie szczyty...





Później chwila i jesteśmy nad Czarnym Stawem i potem droga do Buli, podczas której myślałam tylko o Janku. Janku, który zginął tutaj w lawinie w 2009 roku tuż przez sylwestrem. Cięgle patrzyłam w górę, widziałam śnieg, widziałam to miejsce pierwszy raz i jak nie można stąd uciec. Patrzyłam i stawałam co chwilę mając wrażenie, że on tam jest. I tylko 15 minut drogi w górę i by był bezpieczny. Teraz też jest, lecz nie tutaj. Chociaż miałam wrażenie, że czuję jego obecność. Dziwne uczucie. Takie rzeczy tylko w górach. To właśnie jest ten mistycyzm.

Totalnie mnie zaskoczył aż taki brak formy. Spodziewałam się, że będzie źle, ale nie aż tak. Jednak udało się. Na górze było jednak sporo ludzi, bo to ostatni piękny weekend w Tatrach (tydzień później spadł znów śnieg) i mogłam leżeć przez godzinę na słowackim szczycie i patrzeć na to piękno. Nogi mogły sobie wisieć, a ja mogłabym tam zostać na zawsze... Piękno w czystej formie. Można patrzeć na te wszystkie majestatyczne szczyty i nigdy się nie napatrzeć...




My wypoczywaliśmy na słowackim, a na polskim tłumik :)




Tu chcę być. Tu jest cały świat.




niedziela, 4 listopada 2012

Rany, rany, rany...

Człowiek nie próżnuje i się rozwija i uczy nowych rzeczy, a tym razem rzeczy, które najbardziej lubię - efekty specjalne.
Robiłam kiedyś ze studentami Warszawskiej Szkoły Filmowej etiudę w której dwóch aktorów miałam i postarzyć i zrobić z nich drobnych pijaczków. Z jednym z nich było dosyć trudno, bo uroda i naturalny (!) zarost bardziej dodawały mu charakteru włoskiego Antonia, ale po wyświetleniu na przeglądzie nikt o charakteryzacji nic nie powiedział. Byłam trochę zawiedziona, bo każdy chce być doceniony, ale też wiedziałam, że w etiudzie chodziło o wykonanie zadania.
Chwilę później okazało się (dla mnie), że inna grupa też miała scenę z Antygony w Nowym Jorku. I co się wydarzyło? Pierwszy komentarz jaki padł to: "ale przecież żule tak nie wyglądają!". I wtedy poczułam się doceniona.

I o to tak naprawdę w charakteryzacji chodzi. By się nad tym nie zastanawiać. Jeśli widz nie zwraca uwagi na charakteryzację, to znaczy, że jest wykonana dobrze. Jeśli nie mówi, że aktorki są fatalnie pomalowane, lub że rana jest niewiarygodna... W takich momentach się najczęściej o niej mówi. Na naturalność się nie zwraca uwagi. 
Pomijam oczywiście duże efekty specjalne, filmy kostiumowe, s-f oraz wszystkie "odbiegające od codzienności".

Dlatego tak lubię efekty specjalne. Można zrobić wtedy wrażenie. A kto nie lubi robić wrażenia? Kto nie lubi być chwalonym? Każdy lubi. Więc lubię i ja. Więc się tego uczę. 
Rany już umiemy, więc tym razem co tu zrobić gdy nasz aktor na początku filmu dostaje nożem lub w dziób, a potem film trwa dalej, a rana się goi. Gdy się przyjrzycie to jest to jeden z częstszych błędów. Siedzi aktor w domu i ma siniaka, wychodzi z domu i go prawie nie ma, a jak jest na miejscu to ma jeszcze większego. 


Sprawa nie jest łatwa, ale trzeba było się z tym jakoś uporać. Wybrałam sobie ciężkie miejsce, o czym się przekonałam w trakcie, ponieważ trudno było mi utrzymać rękę bez ruchu, a do tego użyłam waxa, który nie jest trwałym materiałem.


I want to play a game with you...

Świeża rana.



Niestety szybko wdało się nam jakieś zakażenie (jednak słaba ze mnie pielęgniarka ;) )



Zakażenie nadal się utrzymuje, ale rana się już zeszła.
Powinnam tutaj użyć szwów, ale niestety gdy widziałam jak dziewczyny się męczą wiążąc zwykłą granatową nitkę, a nici chirurgicznych nie mieliśmy, to zrezygnowałam, ale z pełną świadomością.
Możemy uznać, że to rana ze zdjętymi szwami i przygotowana do zastosowania takich szwów plastrowych ;)



Na szczęście zakażenie udało się zwalczyć. Została nam tylko mała rana.



Tutaj mamy świeżą dosyć bliznę, która jest jeszcze różowa.



I na koniec stara blizna.



Oglądając i analizując te zdjęcia, wiem gdzie popełniłam błędy i może uda mi się je poprawić. O brakujących szwach wam powiedziałam, ale są jeszcze inne. Zauważyłam jeden i jego konsekwencje, co daje błędów 2. Jeśli znaleźliście więcej, to dajcie znać :)


piątek, 2 listopada 2012

Kadry z polowania

Kojarzycie zdjęcie, które kiedyś wrzucałam? Moją modelkę w lisach? Jedno z początkowych zdjęć, zrobionych właściwie przypadkiem i od których dużo rzeczy się zaczęło...




Niestety jest martwa. Ktoś na nią zapolował.


 Kilka innych kadrów, a następnym razem mała zapowiedź pewnej realizacji, która była moją pierwszą i mam nadzieję na ciąg dalszy, bo zapowiada się bardzo ciekawie.





 

czwartek, 1 listopada 2012

I po cukierkach

Właśnie wróciłam z klubu Eden, gdzie spędziłam tegoroczny halloween. Pewnie nie jak większość z was pijąc drinki z palemką, lejąc się krwią i tańcząc do białego rana (który jeszcze nie nastał), ale w pracy. 
Może i nie mogłam się w pełni popisać swoimi umiejętnościami, ale nawet przy tak zwanych chałturach człowiek może się dobrze bawić!
Normalnie bym poczuła się pewnie trochę zawiedziona lub urażona, ale dzisiaj to był prawdziwy komplement, gdy ktoś schodził z mojego krzesła i krzyczał z przerażeniem "o mój boże!" :)

Sama też na szybko się pomalowałam, bo jak to jest, że szewc bez butów chodzi, ale na fotorelację będziecie musieli poczekać, aż impreza się przede wszystkim skończy i jak dostanę fotki.




Jeśli chodzi o samo miejsce, to trochę się obawiałam wiejskiej dyskoteki z nowym wystrojem, a okazało się, że niemało się pomyliłam! Sam wystrój jest niczego sobie, bo nie odbiega niczym od popularnych warszawskich klubów, a organizacja (przynajmniej ze strony personelu była fantastyczna). Oddzielone miejsce od całego klubu, gdzie mogłam pracować, wszystko co potrzeba zapewnione, drinki niestety bezalkoholowe dla kierowców były, a najlepsze jest to, że czułam się tam bezpiecznie. Ciągle ktoś nade mną czuwał, pytał czy czegoś nie potrzeba i pilnował.
Tancerki, które tego dnia występowały również sobie tę opiekę chwaliły.
 Muzyka nie była moim typem i to zdecydowanie, ale nasz klient nasz pan - ludzie bawili się znakomicie, a ja w moim magicznym charakteryzatorskim kąciku nie musiałam jej słuchać :)


A teraz życzę wam spokojnej nocy bez koszmarów!